| 20 lipca 2010
Fascynujące istoty, te kobiety, i pisze to kobieta. Skomplikowane w swej istocie, nigdy do końca nie zrozumiane, same się nie rozumieją - to ból ich istnienia. Zapewne dopóki nie zdają sobie z tego sprawy, są szczęśliwe.
Pewnego dnia byłam na zajęciach, testowałam nowe miejsce w Chicago - postanowiłam, że nauczę się tańczyć... na rurze. I zobaczyłam kogoś, zobaczyłam coś, zafascynowałam się. Posłuchajcie.
Ta dziewczyna wybijała się z tłumu, banalnie przeciętna dla jednorazowego widza, ale miała w sobie "coś" - ulotny, eteryczny seksapil, pewność siebie, z twarzy biła jej otwartość na ludzi. Jak dziecko krzyczące "podejdź, chcę się bawić, poznaj mnie".
Było ciemnawo, a mimo to ja nie mogłam oderwać od niej oczu. Oto właśnie poznałam coś innego. Dziewczyna nie była atrakcyjna, nie miała twarzy lalki i ust Jolie. Jasna skóra, zero makijażu, włosy teoretycznie koloru mysiego, proste, do uszu, i te okulary w ewidentnie niemodnych oprawkach.
A mimo to zafascynowała mnie... bo było w niej to „coś". W każdym jej ruchu, w sposobie w jaki siadała, sposobie w jaki prezentowała siebie, było coś... ulotnie seksownego.
Usiadłyśmy w kole, instruktorka przyciemniła światło, każda ze „studentek" miała powiedzieć coś o sobie. Generalnie każda miała opowiedzieć, co sprowadza ją do studia nauki tańca na rurze.
I tak oto pani A. powiedziała, że przyszła „na rurę", zamiast pójść na masaż - postanowiła spróbować czegoś nowego. Namówiła ją koleżanka. Szukały jakiegoś alternatywnego „workout". Pani ta była szczupła, atrakcyjna, słodka, miała około 40 lat, Amerykanka, matka dwójki dzieci.
Pani B. to ja. Poszłam tam, bo czegoś szukam. Postanowiłam znaleźć miejsce, które pozwoli mi wydostać coś z wnętrza samej siebie, coś, co tam jest, a ewidentnie się wstydzi.
Pani C., to kobieta po ciąży, na co wyraźnie wskazywały jej piersi i talia. Pani ta nie należała do najsympatyczniejszych. Przyszła, bo musi schudnąć.
Pani D. to jej bliska koleżanka, wzbudzająca sympatię, szczera. szczupła dziewczyna koło 30-tki. Przyszła, jak się okazało, z tej samej przyczyny co ja, chce pomóc wydobyć się jej seksapilowi z wnętrza.
Pani E. to młoda dziewczyna, o seksownie brzmiącym imieniu - Jessica.
Jessica przyszła, bo przyszła - nie wie, czego oczekiwać... ja wiedziałam. Pani E. będzie się chciała dowartościować i to też jest OK.
Pani F. to wersja poprzedniczki o nieco mniejszym poczuciu własnej wartości i nieco mniejszej sile przebicia. Przyczyna przybycia - taka sama.
Pani G. rzucała się w oczy. Jak sama określiła, że po niej widać, Pani E. nie znosi ćwiczyć. Miała ponadprzeciętną nadwagę. Matka dwójki dzieci, 9-letniego i 9-miesięcznego, wiek - ponad czterdzieści lat.
I wtedy przyszła kolej na moją gwiazdę - pozornie szarą, zwykłą, przeciętną dziewczynę.
"Moja" szara myszka powiedziała, że chodzi do tego studia już od roku. Dziewczyna nienawidziła siebie, nienawidziła tego, co widzi w lustrze, czuła się brzydka, nieatrakcyjna... Jej psychoterapeutka, nie mogąc jej już pomóc, wysłała ją więc na... „taniec na rurze". Zaśmiałam się. Świetna historia.
Bił z niej niewidzialny seksapil, który tak tłumi jej przeciętną urodę, ba, on jej dodał takiego blasku, że nie mogłam od niej oczu oderwać. Po raz pierwszy fizyczność była tak odległa od seksapilu. A ona była genialna, jej kobiecy seksapil po prostu promieniował.
Ta dziewczyna pokazała mi i innym, udowodniła, że nie trzeba mieć perfekcyjnej figury, idealnej twarzy, by mieć w sobie coś. Coś, co przysłania wszystko inne. A udało jej się to wydobyć właśnie dzięki zajęciom w tej szkole. Przyciemnione światło, 12-centymetrowe obcasy, leg warmers, krótkie obcisłe spodenki, rozsypane włosy, nie ma znaczenia jakie, nie ma znaczenia czy nogi są długie, czy nie... wszystkie wyglądają świetnie przy blasku czerwonego światła przyciemnionej lampy.
Miejsca, gdzie generalnie „taniec na rurze" jest tylko pretekstem do tego, by odnaleźć ścieżkę łączącą Ciebie z własnym ciałem... i podążać nią przez agresywną codzienność.
Pani H., jak się później okazało, a ja nie pomyliłam się, była genialna, ruszała się z wdziękiem, będzie z niej striptizerka, a ja patrząc na nią myślałam, że taką czterdziestką właśnie chcę być.
Pod koniec zajęć instruktorki pokazały małe show. Siedziałam zahipnotyzowana. Instruktorka samej rury dotknęła może ze trzy razy, stąd mój wniosek, że rura jest tylko pretekstem, ale zamilknęłam. Bo taniec na rurze w wykonaniu przeciętnej zjadaczki chleba, która ma o nim pojęcie, to SZTUKA, która sprawia, że na moment wstrzymujesz oddech i oddajesz pokłon istocie ludzkości, kobiecości. To nie było porno, nie był striptiz, jak niektórzy mogą mylnie odbierać.
To było jak aktorka na scenie, ale odarta z zewnętrznej maski, którą ubiera na co dzień, pokazuje nagość swojej duszy w każdym pojedynczym płynnym ruchu. Bo kiedy tańczysz, ruszasz się - nie udajesz, jesteś „naga".
Pani H. zamknęła kółko, była właśnie koleżanką wcześniej wspomnianej Pani A. Ona wyszukała miejsce - szkołę, kobieta po 40., moja idolka nr 2. Zadbana, energiczna, otwarta na nowe pomysły.
To były jednorazowe zajęcia typu Introduction, dwugodzinne studia, które uczą kobiety, jak być sexy i nie wstydzić się tego...
























