Sportowa parodia czyli skoki według Hofera
W zimowej sportowej karuzeli powstaje nowa dyscyplina sportu. Mianowicie papierowe „szachy” w układaniu klasyfikacji skoczków przez jednego człowieka.
Kto lepszy, kto gorszy?
Skoki narciarskie to dyscyplina trudna do jasnej weryfikacji, kto jest lepszy. Decyduje tu nie tylko odległość skoku, ale również styl. Styl oceniają sędziowie. Takie dyscypliny zawsze „zagrożone” są krytyką kibiców i fachowców w przypadku kontrowersji. No bo jak zawsze poprawnie i sprawiedliwie ocenić, kto po locie w powietrzu na sto kilkadziesiąt metrów lepiej wykona telemark? Komu narta odjedzie pięć centymetrów bardziej w bok? Kto się mniej zachwieje? Nad tym można dyskutować godzinami. Zresztą historia skoków narciarskich zna wiele przypadków, co najmniej „dziwnych” ocen sędziowskich. Wielokrotnie bardzo wyraźnie rzucało się w oczy, którego zawodnika jury darzy większą sympatią. Oceny za styl mają niebagatelne znaczenie w sytuacji, gdy wielu zawodników osiąga bardzo zbliżone odległości. Do tego całą sytuację komplikują warunki atmosferyczne. W przeszłości niejednokrotnie bywało tak, że konkursy kończyły się niespodziankami, bo w trakcie ich trwania pogoda zmieniała się diametralnie.
Więcej nie znaczy lepiej
Aby temu zapobiec, w sezonie 2009/2010 wprowadzono nowy system punktowania, który miał w teorii wyrównać szanse wszystkich zawodników oraz zapobiec przerwom w konkursach spowodowanych aurą. Ostatni czynnik niemal wymusili na organizatorach sponsorzy i koncerny telewizyjne, aby nie dochodziło do sytuacji, że płacący za reklamy poniosą straty bo konkurs zostanie odwołany, lub transmisja telewizyjna przeciągnie się w nieskończoność, rozwalając ramówkę. Taki sposób, mimo że podobno sprawiedliwy, bardzo utrudnił normalną obserwację rywalizacji zwykłym kibicom. W systemie tym sam skok zawodnika i jego odległość nie przekłada się na miejsce w klasyfikacji. Oprócz ocen za styl dochodzą bowiem punkty - dodatnie lub ujemne - za wysokość belki startowej, która przekłada się na długość rozbiegu i tym samym prędkość na progu skoczni, oraz punkty za wiatr – korzystny (wiejący pod narty zawodnika), lub niekorzystny (wiejący w plecy). Wszystko to powoduje, że wielokrotnie klasyfikacja „na papierze” wygląda dziwnie. No, ale podobno ma być, a nawet jest sprawiedliwie.
Turniej Waltera Hofera
W rozpoczętym właśnie prestiżowym Turnieju Czterech Skoczni obserwowaliśmy sytuację nie tyle komiczną, lecz wręcz anty-sportową. Despotycznie rządzący od 1992 roku dyrektor sportowy Pucharu Świata Walter Hofer, postanowił bezceremonialnie ustalać wyniki rywalizacji na papierze, według własnego „widzimisię”, rozdzielają tym samym gratyfikacje i premie finansowe według swojego uznania. Pod koniec rozgrywanej w dość trudnych warunkach pierwszej serii konkursu w Oberstdorfie, bezceremonialnie przerwał rywalizację i... nakazał rozpocząć od nowa! I tylko dziwnym zbiegiem okoliczności trzeba nazwać fakt, że czołowi skoczkowie świata – jego rodacy, Austriacy – zawiedli na całej linii. Zupełnym przypadkiem było również, że bardzo słabo skoczyli reprezentanci gospodarzy – Niemcy, którzy od lat płacą największy haracz na światowe skoki.
Ustalone przez siebie samego zasady o dodatkowych punktach za długość najazdu i wiatr nie zdawały egzaminu, manipulacja belką startową nie przyniosła rezultatu więc... sprawę trzeba było „ratować” w inny sposób. Doszło więc do powtórzenia wszystkich skoków i Austriacy takiego prezentu już nie zmarnowali. Chociaż i tak wielkim zgrzytem były oceny za styl dla pupilka Hofera – Gregora Schlierenzauera, który mimo dramatycznie pokracznego lądowania, dostał noty o jakich tylko mogą marzyć inni, mniej znani zawodnicy, po wzorowym telemarku.
Skoki – światowy precedens
Obecnie skoki narciarskie to rywalizacja niespotykana w innych dyscyplinach. We wszystkich zawodach sportowych zdarzają się niespodzianki. Faworyt, gdy ma słabszy dzień, może przegrać, zmarnowana szansa zostaje po prostu... zmarnowaną szansą. Ale nie w skokach! Tu rządzi i dzieli bez dyskusji Hofer. Z pewnością „dopingują” mu możni światowych skoków, którym wygrane określonych nacji są jak najbardziej na rękę. Sukcesy idą w parze z zainteresowaniem kibiców, to z kolei z oglądalnością i kwotami płaconymi na ten sport w różnych formach.
Dyktatura Hofera sięga tak daleko, że nawet numer dwa tego cyrku – Słoweniec Miran Tepes siedział w Oberstdorfie jak mysz pod miotłą, mimo że świetny występ w przerwanej serii zanotował jego rodak Robert Kranjec. Szkoda też innych zawodników, bo w takiej sytuacji nie mają oni w najbliższym czasie szans na żaden spektakularny sukces. Może trafić im się jednorazowa wygrana w pojedynczym konkursie, ale za triumfy w ważnych zawodach płacą wielcy decydenci w tej karuzeli skoków. A nad wszystkim czuwa Hofer.
fot. Walter Hofer/Wikipedia.org







Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.