Drukuj
PDF

Sacrum & profanum

Wpisany przez Wiola Mróz on .

sacrumSacrum & profanum wpisał się już w harmonogram krakowskiego a właściwie nowohuckiego kombinatu. Mówi się o nim „festiwal tej rangi”. Warto więc zobaczyć,  zachwycić się albo… no właśnie. Od zakończenia minął już prawie tydzień i pomyślałam, że właściwy to czas na wspomnienia.

Miałam niewątpliwą przyjemność uczestniczenia w dwóch koncertach. Koncercie otwarcia, gdzie wstęgę przecinał zespół MUM i koncercie, na którym JONSI wprowadzał w świat swoich brzmień.

 

Odsłona pierwsza -MUM

Zespół Mum nie był dla mnie rozpoznawalny, a krótkie urywki ich muzyki podsłuchane gdzieś na youtube nie zachwycały. Tak czy inaczej ciekawość,  klimat koncertowy i możliwość wyrwania się z codziennej rutyny skierowały moje kroki na rozpoczęcie. Trudno pisać mi o tym wydarzeniu, bo nie umiem pisać o rzeczach, które niewiele wnoszą w świat moich emocji a tak było tym razem. Chłopiec lat ok 30 w niedbale zarzuconej koszuli, dwie dziewczynki w podobnym wieku o urodzie elfa, zaproszeni przez nich goście i wielki chaos. Trudno było mi wczuć się w ten klimat gdzie instrumenty brzmiały jak na „próbie zespołu licealistów” jak określiła to towarzysząca mi przyjaciółka i momentami miało się wrażenie, że zespół jest po niezłej, ostro zakrapianej imprezie i tak sobie przyszli pomuzykować. Dziś sobie myślę, że nie wszystko, jednak było, kolokwialnie mówiąc, „do bani”. Otóż z nutką przyjemności wspominam melodyjny taniec głosów wywołanego już chłopczyka :) i towarzyszących mu dziewcząt. Może ciut monotonne i wciąż oscylujące w tych samych klimatach ale w moim odczuciu dotykające jakiejś  tajemnicy jak w „Miasteczku Twin Peaks”. Niestety to tyle pozytywów. Pierwszą część zakończył film rodem jak z polskiej kroniki filmowej, o dzieciach oczekujących na operację usztywniania kręgosłupa, na tle, którego Mum za-muzykowało. Dość dziwne to było zakończenie, które miało być chyba ukłonem zespołu dla polskich odbiorców, nie jestem jednak przekonana o jego szczególnie pozytywnym odbiorze. Po pierwszej połowie wiele krzeseł zostało bowiem pustych a wokół wyraźnie czuło się niezadowolenie. Druga odsłona, dla mnie jeszcze dziwniejsza. Pierwsza pieśń, jak by to ładnie ująć, żywcem zainspirowana, nieżyjącym już niestety Grzegorzem Ciechowskim. Właściwie do końca nie byłam pewna czy nie jest to przypadkiem nowa interpretacja „Białej Flagi”. Pozostałe utwory zachowane w ostrzejszym dynamiczniejszym charakterze a wśród nich, dziwnie wpleciona pozycja, którą najtrafniej chyba określa, zawarte w jej treści, „miau miau”. To „miau miau” zdało się najlepiej zachować w pamięciach widzów. W autobusie odwożącym uczestników do bram nowohuckiego kombinatu, trudno było usłyszeć głosy zachwytu, za to co chwilkę dobiegały głosy naśladujące miauczenie, określające chyba wszystko co pozostało w duszach po tym koncercie.

Odsłona druga – JONSI.

Jonsi nie był dla mnie tak anonimowy jak zespół MUM. Wiedziałam czego mogę się spodziewać i czego oczekiwać. Szłam z nastawieniem na wielkie wydarzenie i tym razem się nie zawiodłam. Właściwie zabrakło mi tylko jednego. Kontaktu z publicznością. Poza „dobry wieczór”, bowiem, rzuconym pomiędzy piosenkami, bohater wieczoru, nie tracił czasu na pogaduchy :) . Hmm…właściwie, może i słusznie. W końcu Jonsi mówi muzyką a muzyka mówi Jonsim.

Przez cały koncert miałam wrażenie „przeniesienia”. Jakbym niechcący wpadła do „nory królika” i przez dziurkę od klucza mogła podglądać niezwykły świat emocji, który rozpala duszę artysty. On zachowywał się tak jakby nic o tym podglądaniu nie wiedział a w związku z tym nie musiał kryć najgłębszych tajemnic a publiczność w skupieniu i pewnym onieśmieleniu a może  i wstydzie właściwemu podglądaczom, chłonęła ten świat  w zachwycie. Były momenty gdy nie było oklasków bo wszyscy siedzieli jak zahipnotyzowani i świętokradztwem wydawało się zakłócanie zaistniałego nastroju.

Na koniec brawom nie było końca. Jonsi jednak był nieugięty. Bisowania nie będzie. Spektakl skończony. Nie pomogła nawet owacja na stojąco.

Zupełnie inne nastroje towarzyszyły opuszczaniu terenu kombinatu, niż te z otwarcia. Ci którzy wiedzieli po co przyszli zdawali się być usatysfakcjonowani w pełni.

Wielu ludzi przyszło z dziećmi. Szukałam ich w tłumie po wyjściu by zobaczyć reakcję maluchów na wcale niełatwy w odbierze koncert. Moja ciekawość miała jednak pozostać niezaspokojona, jak prośba o bisowanie.

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Sonda

Z jakiej przeglądarki internetowej korzystasz?
 

Nowe komentarze

Newsletter










4SUN
aa_men

Kopia_logo_planeta_sport

Aktywny wypoczynek