Drukuj
PDF

Nine. Dziewięć nieszczęść

Wpisany przez Frenchie on .

nineJeśli film został wyprodukowany przez twórców słynnego „Chicago”, a z afiszy szczerzą zęby najjaśniejsze gwiazdy światowego kina, to chciałoby się mieć nadzieję na spędzenie seansu z rozdziawioną z zachwytu gębą. A tu taki cios.

 

 

„Nine” Roba Marshalla to adaptacja święcącego triumfy na Broadway’u musicalu, który z kolei był zainspirowany filmem „8 i pół” Felliniego. Niezbyt skomplikowana fabuła umożliwia wplatanie w akcję rozlicznych sekwencji muzyczno-tanecznych, co jest oczywiście znamienne dla gatunku.

Rzecz dzieje się we Włoszech, w latach 60-tych, w światku twórców kina. Guido Contini (Daniel Day Lewis) jest dojrzałym fizycznie i artystycznie reżyserem, który po kilku „gniotach”  usiłuje zrobić dobry film. Niestety, presja jest spora, scenariusz jak na złość nie chce się urodzić, a Guida zżera stres oraz brak pomysłów i prywatności, gdziekolwiek pojedzie. Oprócz tego próbuje poradzić sobie się z tłumem molestujących go w różnym stopniu kobiet – w tym roznamiętnioną kochanką Carlą (Penelope Cruz), swoją żoną Luizą (Marion Cotillard) i złotowłosą muzą Claudią (Nicole Kidman). W międzyczasie pojawiają się na przemian ckliwe piosnki towarzyszące smętnym reminiscencjom (głównie Guida) oraz tańce kabaretowe nawiązujące mniej lub bardziej do paryskich siedlisk rozpusty typu Folies Bergere. Te ostatnie żywo przywołują atmosferę buduaru za sprawą urokliwych dezabili artystek, nieskromnie wijących się i prężących na scenie, plaży i w ogóle gdzie popadnie.

Jak kończy się film, nie powiem. Choć właściwie nie ma to większego znaczenia. W „Nine” brakuje dramaturgii, która powodowałaby głębszą ciekawość widza. Nakręci ten film czy nie? Zestawienie postaci i sytuacji rokuje na beznadziejny finisz a z drugiej strony daje pole do dywagacji na wiele tematów życiowo-filozoficznych, czemu kolejno oddają się poszczególne postaci. Twórcy filmu z pewnością planowali storpedować widza blaskiem wyjątkowo dużej ilości gwiazd, jakie wzięły udział w tym przedsięwzięciu, scenicznym splendorem, wspaniałością wnętrz oraz włoskich krajobrazów.

Co zostało z zamysłów? Z pewnością ładne obrazki, dość dopracowana warstwa muzyczna. W filmie wykorzystano oryginalne piosenki z broadway’owskiego „Nine” autorstwa Maury’ego Yeston’a, który dokonał rearanżacji swoich własnych utworów a do tego skomponował trzy nowe. Warto być może zwrócić też uwagę na kreacje dwóch starszych pań: Judi Dench zagrała Lily - krawcową, byłą kabareciarkę – oparcie i głos rozsądku dla Guida. Sofia Loren – jego matkę – włoską matronę, czułą ale i o żelaznym charakterze.

Tę dopieszczoną, wydawałoby się, całość, psuje jednak kilka detali. Otóż uważam, że twórcy przeerotyzowali produkt. Już od pierwszej sceny śmiało wkraczają na wystawę przyobleczone w koronki, gorsety, pończochy i błyszczące majtki dziarskie piersi i uda kilku bardzo znanych aktorek. Ale w końcu aktor, jak prostytutka, pracuje ciałem. Mając świadomość tego, iż uwertura zapowiada treść opery, strach się bać co będzie dalej. A dalej widzimy, między innymi, płonącą (lecz nie spłonioną) Carlę i niemiłosiernie wyjącą bachantkę Saraghinę (Fergie), pokazaną zresztą dość niekorzystnie. Pewnie, wszystkie występujące w filmie niewiasty są dość urodziwe, widz się nie poskarży (zwłaszcza samiec). Można jednak odnieść wrażenie, że tak ostentacyjne odsłanianie i eksponowanie ciał służy zasłanianiu treści lub jej braku i odwodzeniu widza od próby samodzielnej refleksji. A może chodziło o to, żeby podkreślić jak bardzo myśli głównego bohatera uwikłane są w pościel?

Moim zdaniem, ukryta między fiszbinami sugestia zanadto wymykała się spod sznurówek, aby jeszcze mówić o jakiejkolwiek sugestii. Jeśli ktoś chce obejrzeć sobie z bliska tyłek Penelope Cruz, będzie przeszczęśliwy – tyłków ci tam dostatek. Natomiast, jeśli przypadkiem ktoś udaje się do kina w innym celu, może (acz nie musi) czuć się ugodzony strzałem z krągłego udka w swoje wyrafinowane oczekiwania. Wśród tylu niezłych sztuk, ciężko jednak znaleźć rzeczywiście dobrą Sztukę.

Zresztą, rozdziawiona gęba nawet była. Od ziewania. Zaś moje wyrafinowane oczekiwania spoglądały na zegarek. Nine… three, two, one... The End.

Komentarze  

 
0 # onlygoodmusic 2010-02-25 11:26
Podzielam opinię, rozczarowałem się tym filmem, o czym wspomniałem już na tutejszym forum.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Sonda

Z jakiej przeglądarki internetowej korzystasz?
 

Nowe komentarze

Newsletter










4SUN
aa_men

Kopia_logo_planeta_sport

Aktywny wypoczynek